Teresa Caponi Borawska

Teresa Caponi BorawskaJak gałązka drzewa oliwnego… rozmowa Ewy Prządki z Tessą Capponi Borawską

Urodziła się w piętnastowiecznym pałacu we Florencji, w starej, arystokratycznej rodzinie Capponich. Od 22 lat mieszka i pracuje w Warszawie. Do polskich szkół chodzą jej dzieci. Na Uniwersytecie Warszawskim wykłada dzieje Włoch i historię kuchni włoskiej. Redaguje dział kuchni w miesięczniku “Elle”. Jest autorką dwóch książek Moja kuchnia pachnąca bazylią i wydanej ostatnio Dziennik toskański.

Jakie było Pani pierwsze spotkanie z Polską? Co Pani o niej wiedziała? Czy w kręgu Pani zainteresowań znajdowała się Polska?

Moje pierwsze spotkanie z Polską nastąpiło w 1978 roku, w momencie wyboru na papieża Jana Pawła II. Pamiętam, że 16 października siedziałam na lotnisku w Luton pod Londynem i czekałam na opóźniony o kilka godzin samolot do Pizy. Na ekranie, jedynego w hali lotniska, małego ekranu telewizyjnego pojawiła się wiadomość Habemus Papam i informacja, że został nim polski kardynał Karol Wojtyła. Potem oczywiście doszła, choć w mniejszym stopniu, świadomość sierpnia 1980 roku i wprowadzenia stanu wojennego. Ale … nie ukrywam, że ta część Europy nie bardzo mnie interesowała, nie znałam też języka. Jeśli chodzi o polską kulturę – wiedziałam , że był Chopin i… niewiele więcej. Najważniejsze dla mnie spotkanie z Polską nastąpiło w 1983 roku, gdy poznałam mego przyszłego męża,Jakuba Borawskiego, we Florencji, gdzie przebywał na stypendium. Wtedy zaczęła się moja przygoda z Polską, polską kulturą i wszystkim, co się z tym wiązało.

Czy to spotkanie miało burzliwy charakter, na zasadzie szoku, ponieważ było to zetknięcie z inną kulturą życia, innymi warunkami materialnymi? Czy też Pani łagodnie, stopniowo przyzwyczajała się doPolski?

I tak i tak. Niektóre sprawy bardzo mnie szokowały. Były też takie sytuacje, kiedy wydawało mi się, że uczestniczę w nich od zawsze. To było nawet dziwne. Natomiast każdy romans ma swój okres burz, więc też mój romans z Polską, który trwa nadal, jest pełen światła i cieni. Są chwile, kiedy absolutnie nie rozumiem, o co chodzi, i chwile, kiedy mam wrażenie, że jestem tu nie od 22 lat, ale przez całe życie. Kraj, kultura, ludzie – to jest wszystko bardzo złożone, skomplikowane.

Co przeważa u Pani w tych kontaktach – poczucie ładu, czy ciągle jeszcze jednak rafy, które musi Pani omijać?

Coraz bardziej ładu i harmonii. Tu, w Polsce jest moje życie, tu zbudowałam moje życie zawodowe i moją rodzinę. Myślę więc, że zmierza to coraz bardziej w stronę harmonii.

Jak przyjęli Pani decyzję najbliżsi, że oto porzuca Pani Włochy i wyjeżdża do dalekiej Polski, o której wielu Włochów – nie oszukujmy się – wie niewiele?

Moi rodzice zachowali się bardzo mądrze, niczego mi nie zakazywali. Powiedzieli mi – jedź, zobacz, pomieszkaj tam, a wiem doskonale, że byli bladzi ze strachu. Sytuacja w Polsce była, jaka była. Zadziwiła mnie natomiast reakcja moich rówieśników. Tego się naprawdę nie spodziewałam – zareagowali niechęcią, oburzeniem. Według nich był to przejaw mojej głębokiej niedojrzałości, nieodpowiedzialności. Z większą życzliwością ocenili moją decyzję ludzie starszego pokolenia. Bo też oni patrzą na sprawy życiowe szerzej i z większym dystansem. To mnie zadziwiło.

Jak Pani wchodziła w język polski?

Szło mi trudno. Przez pierwsze dwa lata nie zdołałam opanować tego języka. Pierwszego roku często posługiwałam się gestykulacją, a w drugim roku zaczęłam kojarzyć co nieco, np. że słowa się ze sobą łączą w pewnym porządku Był to pierwszy język, którego nauczyłam się świadomie, bo np. nie pamiętam kiedy i jak nauczyłam się języka angielskiego. Było to tak dawno. Język polski traktowałam jak wyzwanie. Zresztą jak wiele innych rzeczy.

Co panią w Polsce bardzo denerwowało w pierwszych latach?

Denerwowało mnie i denerwuje do tej pory, że Polacy tak często przepraszają za własną ojczyznę. Mają jakby kompleks bycia Polakiem. Często słyszę takie zdania: Po co Pani tu przyjechała? Włochy są takie piękne, a u nas jest tak brzydko, źli ludzie, okropna pogoda, nie ma tylu pięknych zabytków itd. itd.Zawsze wtedy podkreślam, że w Polsce jest naprawdę bardzo wiele pięknych miejsc, cennych zabytków, że Polska ma piękną i starą kulturę. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego trzeba ciągle narzekać i biadolić. Nie podoba mi się również, że Polacy na emigracji często traktują Polskę protekcjonalnie. Uważają, że należy jej współczuć i że nic dobrego nie może się w Polsce zdarzyć. To mnie przede wszystkim denerwowało wówczas i denerwuje nadal.

Pani życie to jest czas dzielony między Polską a Włochami. Włochy to jest czas wakacji, Polska to czas pracy. Czy te dwa okresy splatają się ze sobą harmonijnie?

To pytanie wyjęte jakby z Księgi Koheleta. Jest czas pracy i czas odpoczynku. Czas na działanie i czas na myślenie. Tak! W moim życiu powtarzają się na przemian te okresy i to mnie uspokaja. Wiem, że 10 miesięcy jestem tu, w Polsce, dzieci chodzą do szkoły, ja na uczelnię. A potem wybucha lato. Zmieniam się kompletnie. Chłonę słońce, żar południa. Sycę się innym językiem, innymi widokami, innym jedzeniem. Czas zaczyna płynąć innym torem. Przez dwadzieścia dwa lata taki układ się sprawdzał i myślę, że tak będzie nadal.

Pierwsza Pani książka “Moja kuchnia pachnąca bazylią” to był powrót do dzieciństwa, do czasów dojrzewania, rozglądania się po świecie. Tam znajduję sumę Pani przemyśleń o życiu i świecie. Uważam, że wbrew temu, co chcą niektóre bibliotekarki, nie jest to książka kucharska, choć tam znajdziemy również wspaniałe przepisy rozmaitych dań. Druga książka “Dziennik toskański” prezentuje głębsze spojrzenie, jest to próba opisania Pani źródeł, korzeni. Czy tak?

Często na spotkaniach autorskich pytają mnie o różnicę między tymi książkami. Na dobrą sprawę utrzymane są w tym samym duchu. Mówię w nich o swoim życiu i o tym, jak je postrzegam. Bardzo lubię życie i bardzo lubię ludzi. Wszystko łączy się więc w jedno, a kuchnia stanowi niewątpliwie ważny element tej całości. Muszę jednak wyraźnie zaznaczyć, że kuchnia nigdy nie była dla mnie jedyną pasją, wartością samą w sobie. Nigdy nie ograniczałam swego świata tylko do gotowania. Mam wiele innych pasji – muzykę, teologię itd. Każdy z tych elementów buduje moje życie. Najważniejsze zaś są dla mnie stosunki międzyludzkie. Co do różnic między tymi książkami – w obydwóch dotykam źródeł, korzeni. W pierwszej przede wszystkim dzieciństwa jako indywidualnego, subiektywnego źródła, w Dzienniku mówię więcej o mojej ziemi, Toskanii, o jej historii, tradycjach. Są to dwie odmienne książki, ale łączy je myśl przewodnia – starałam się zrozumieć samą siebie – w szerszym kontekście w Dzienniku… i przez osobiste wspomnienia w Kuchni pachnącej bazylią.

Czy Toskania jest dla Pani rodzajem Arkadii?

Chyba tak, ale tylko ta część Toskanii, skąd pochodzę – kraina Chianti. Ale czy chciałabym do niej wrócić? Nie wiem. Lubię stan taki, jaki jest. Powracam tam z przyjemnością, ale bez poważnych obowiązków.

A co z nostalgią?

Odczuwam ją, niewątpliwie.

Toskania jako kraina Włoch jest teraz modna, do dobrego tonu należy mieć dom w Toskanii. Przyciąga ona wielu Europejczyków. Powstają filmy z Toskanią w tle, książki. Czy chciała Pani dołączyć swój głos do tego chóru? Czym różni się Pani książka?

Czytałam wiele książek o Toskanii. Ich autorami byli przeważnie ludzie, którzy tu się nie urodzili i wychowali. Nie ukrywam, że za jedną z najpiękniejszych książek pisanych o Włoszech uważam Barbarzyńcę w ogrodzie Zbigniewa Herberta. To jest poezja sama w sobie. A książki o Toskanii? Albo są zbyt suche, baedekerowskie, albo zbyt egzaltowane, tak jak np. Frances Mayes. Przekazują nieprawdziwy obraz Toskanii. Wszyscy wzdychają “Och, jakie to piękne!” Tak, ale nie jest to piękno słodkie, cukierkowe jak pocztówka. Jest ono twarde, nieraz bolesne. Ludzie stanowią część tego piękna, ale trzeba ich rozumieć. Proszę pozwolić, że przywołam fragment z mojej książki. Piszę w niej: “Ziemia moich ojców jest surowa. Jej obraz łagodzi zieleń winorośli i srebrzysta barwa drzew oliwnych. Żeby ją poznać, trzeba na nią patrzeć, trzeba słuchać, wąchać ją albo wręcz smakować w całkowitym milczeniu. Nasze krajobrazy, naszą twardą mowę, nasze wino trzeba “dotykać” bez pośpiechu i nie liczyć na to, że wszystko da się zrozumieć”.

Zaczęłyśmy naszą rozmowę od kultur różnych narodów. Zakończmy też tym akcentem. Czy łatwo jest łączyć na co dzień dwie kultury – tę, w której pozostaje Pani od 22 lat i tę, którą Pani pozostawiła, ale przez swoje życie rodzinne i zawodowe ciągle nią żyje. Czy one się wzbogacają czy wzajemnie blokują?

Życie ciągle mnie zaskakuje. Wierzę, że jest ono jedną długą podróżą, w której najważniejsze jest to, aby zbierać piękno po całym świecie. Uważam, że pobyt w Polsce, obcowanie z polską kulturą niezwykle wzbogaca. Pozwala mi patrzeć na Toskanię i jej kulturę innymi oczami, patrzeć szerzej, bez koncentrowania się na jednym, małym wycinku. To stwarza szeroki horyzont obserwacji, widok jakby z lotu ptaka. Naprawdę uważam, że złapałam Pana Boga za nogi, przenosząc się do Polski.