Na białym koniu..

Na białym koniu..„Na białym koniu…” z Ewą Anders, wnuczką gen. Władysława Andersa, rozmawia Ewa Prządka

Jak powstawała ta książka? Czy towarzyszyła Pani matce przy pisaniu wspomnień?

Tak, towarzyszyłam jej przez cały czas, ale muszę dodać, że ta książka ma swoją historię. Wiele lat temu, już pod koniec życia, moja babcia – Irena Anders – zaczęła spisywać swe wspomnienia.

To były takie zapamiętane obrazki z przeszłości. Niestety, zabrała się do tego zbyt późno i gdy zaczęła chorować, przerwała pisanie i nie dokończyła swego dzieła. Zmarła w 1981 r. Moja mama Anna, razem ze swoim bratem Jerzym, chcieli uzupełnić te wspomnienia i dopisać własne przeżycia. Niestety, Jerzy Anders w 1983 roku zginął tragicznie w Ottawie, zastrzelony na ulicy… Z kolei moja mama powróciła do tej książki dopiero po 2000 roku. Napisała o swym ojcu i uzupełniła tę opowieść materiałami, które pozostawiła babcia. Tak właśnie znalazł się w tym tomie wstrząsający opis aresztowania Andersa we Lwowie w 1940 roku. Ja mieszkam w Ottawie, dom mojej mamy i ojczyma (Nowakowskiego) znajduje się 3 godziny drogi ode mnie, ale oczywiście dojeżdżałam do niej bardzo często. Mama lubiła czytać mi poszczególne fragmenty w miarę, jak one powstawały, a miała we mnie wdzięczną słuchaczkę. Znałam te opowieści z dzieciństwa, w rodzinie powtarzano je wiele razy, były one dla mnie zawsze bardzo żywe. Tak więc można powiedzieć, że krok za krokiem towarzyszyłam mamie przy pisaniu tej książki.

Pani mama nie zdążyła całkowicie doprowadzić do końca swej pracy?

Zdążyła tylko spisać wspomnienia. Postawiła ostatnią kropkę i dwa tygodnie potem pojechała do szpitala, z którego, niestety, już nie wyszła. Napisała książkę, ale nie miała już czasu przeczytać całego maszynopisu i nanieść poprawek.

To zrobiła już Pani, po śmierci mamy…

Tak, to prawda, ale muszę też podkreślić, że bardzo nam pomógł przy publikacji tej książki w Polsce przyjaciel mojej matki – pan Andrzej L. Żółtowski. Cieszę się, że mamy oto pierwsze wydanie książki, a w dodatku, że autorem krótkiej przedmowy jest Norman Davies.

Jaki wpływ na Pani życie miały opowieści Pani mamy?

Ogromny! W domu byłam wychowywana w duchu polskim. Gen. Anders był dla nas ucieleśnieniem ojczyzny, Polski. Nas przecież w kraju nie było! Na szczęście pozostały te rodzinne opowieści… Bez nich mielibyśmy poczucie, że pochodzimy znikąd… Dlatego ta książka jest mi tak droga. To nasza wspólna przeszłość.

Jak zapisał się dziadek w Pani pamięci? Nie wielki, sławny wódz, generał Anders, tylko najbliższy członek rodziny?

Zobaczyłam go po raz pierwszy, gdy miałam cztery lata. W 1945 roku, po zakończonej wojnie przyjechaliśmy z Polski do Włoch, do Ankony, gdzie stał sztab generała. Najbardziej utkwiło mi w pamięci to, że w domu był szalenie łagodny i miał pogodne usposobienie. Był wesoły. Takie cechy zapamięta każde dziecko. Zawsze mogłam wdrapać się mu na kolana, pleść jakieś dziecięce bzdury, on się ze wszystkiego śmiał i dowcipnie odpowiadał. Potem, gdy dorosłam, rozmawialiśmy na poważne tematy. Poznałam jego przeszłość wojenną. Bywał w naszym domu w Kanadzie. Był cudowną osobą, postacią bardzo ważną w moim życiu.

W którym roku rodzice z Panią wyjechali do Kanady?

Po zakończeniu wojny “włóczyliśmy się” po Europie – przebywaliśmy trochę we Włoszech, potem we Francji, w Anglii. Do Kanady rodzice wyjechali w czerwcu 1953 roku. Jechali w nieznane, więc zostawili mnie pod opieką babci w Londynie. Nie pamiętam dokładnie, kiedy do nich dojechałam, ale wydaje mi się, że w niedługim czasie. W Kanadzie było nam od razu bardzo dobrze. Niestety, mój ojciec, Jan Romanowski, wkrótce zachorował i w 1956 roku zmarł.

Ostatni i jedyny raz była Pani w Polsce przed czterdziestu laty. Teraz jest Pani znowu w Warszawie… jakie wrażenia?

Szalenie podoba mi się Warszawa, gdzie się urodziłam podczas wojny. Miałam, jak już wspomniałam, 4 lata, gdy, po zakończeniu wojny, wyjechaliśmy z Polski do Włoch. Dziś mogę przypomnieć sobie niektóre miejsca, które znam z opowiadań, bo Warszawa została tak pięknie odbudowana! To jest dla mnie wzruszające…

Czy opowiadała Pani swym dzieciom o ich pradziadku?

Oczywiście, to było bardzo ważne. Wyszłam za mąż za Kanadyjczyka. Moje dzieci wychowywały się w duchu anglosaskim – one Polski w ogóle nie znały. Moje opowiadania o przeszłości i o ich pradziadku były jedynym sposobem, aby nie zapomniały, że w ich żyłach płynie w 50% polska krew. Bardzo mi w tym pomagała moja mama, którą dzieci uwielbiały – zawsze pozytywnie nastawiona do życia i bardzo wesoła. Gdy tylko zaczynała opowiadać – wnuki z wielkim zainteresowaniem jej słuchały, bo było to dla nich zupełnie coś nowego, odmiennego od kultury północnej Ameryki. Poza tym gen. Anders jest postacią historyczną, więc moje dzieci mogły, gdy już tylko nauczyły się czytać, dowiedzieć się z encyklopedii, że był to ktoś ważny.

Czy są oni dziś dumni ze swego sławnego pradziadka?

O tak, bardzo! Nieraz musiałam im tylko tłumaczyć, aby za bardzo się tym nie chwalili i nie wtrącali przy każdej okazji do rozmowy dorosłych. Dla nich ta polska przeszłość jest bardzo ważna i mają tego pełną świadomość. To jest ich bagaż życiowy, to jest źródło ich emocji, tych bardzo pozytywnych.

POLONIA WŁOSKA NR 4(45)/2007

ANDERS-NOWAKOWSKA, Anna

Mój Ojciec Generał Anders /

przedm.: Norman Davies ; posłowie: Andrzej L. Żółtowski. – Warszawa, 2007